Menu

  • NEWS
  • HISTORIA ZESPOŁU
  • SKŁAD
  • DYSKOGRAFIA I TEKSTY
  • RECENZJE PŁYT
  • WYWIADY
  • KONCERTY
  • ZWIĄZANI Z ARCHIVE
  • GALERIA
  • FORUM
  • LINKI
  • KONTAKT

Reklama


Poznań, 19.01.2010
Wpisany przez Fool   
sobota, 23 stycznia 2010 17:40
Tak. Zagrali Again i wciąż w to nie mogę uwierzyć, ale zacznijmy od początku…

Support rewelacyjny, ale skoro jest nim jeden z muzyków Archive (a konkretnie Dave Pen) to chyba nie może być inaczej. Specjalnie nie zapoznawałem się wcześniej z Jego solowym projektem Birdpen aby usłyszeć w Eskulapie coś czego nie znam. Dave zagrał zaledwie 4 piosenki. Dwie pierwsze bardzo stonowane, w dużej mierze akustyczne. Trzecia o tytule Off (radzę zapamiętać ten tytuł), rozgrzała wszystkich niczym najbardziej energetyczne piosenki Archive. Niesamowita kompozycja. Podobnie jak ostatnia zakończona genialną kakofonią połączoną z psychodeliczną grą świateł. Aż chciałoby się aby support grał dłużej.

Po dość długim przygotowaniu sceny oraz dostrojeniu instrumentów zaczęło się. Na pierwszy ogień poszedł Pills. Wersja znacznie dłuższa niż ta znana z albumu okraszona hipnotycznym intro czy też po prostu rozciągniętym wstępem utworu jak kto woli. Bardzo klimatyczna rzecz. Chwile kiedy oczy Marii spotykały się na moment z moimi przyprawiały o dreszcze i szybsze bicie serca. Choć stałem w czwartym rzędzie miałem wrażenie jakby była na wyciągnięcie ręki. W dalszej kolejności bardzo ciepło przyjęty Sane oraz pierwszy z monumentalnych tasiemców a więc Finding It So Hard. Kiedyś nie przepadałem za tą kompozycją, dziś to jedna z moich ulubionych. W wersji koncertowej utwór zabrzmiał mniej syntetycznie, jakby bardziej naturalnie. Potężne ściany dźwięków przez które przedziera się porażający autentyzmem wokal, hipnotyczny rytm i "wybuchające" w kulminacyjnym momencie gitary. Emocjonalnie zaś pełne wyobcowanie i muza, której oddaje się całkowicie mówiąc „część” by potem nie przyznać do własnego istnienia. A tymczasem cała ona muska językiem nut puste kubki smakowe spijając z nich całą gorzką słodycz jestestwa. Jestem więc słucham a serce bije tak mocno, że aż boli. Masochizm bywa piękny. Kolejnym równie niesamowitym momentem był najpiękniejszy fragment ostatniej płyty Archive a więc Collapse / Colllide. I znów Maria w roli głównej. I znów cisza na sali. I znów jeden z najbardziej magicznych momentów podczas całego koncertu... Kings Of Speed przeleciał tak szybko, że człowiek nawet nie zauważył kiedy. Taka to muzyczna torpeda. W dalszej kolejności wybrzmiały m.in. Fuck U (eh, jak przyjemnie wykrzyczeć wraz z tłumem TEN refren), zadziorne You Make Me Feel oraz bardzo psychodeliczny Dangervisit. Co ciekawe kiedy zespół grał utwory w pełnym składzie z trudem mieścił się na scenie...

Standardową część koncertu zakończył drugi, nawiązujący swoją strukturą do Again monumentalny tasiemiec - Lights. Jak wiadomo jest to kompozycja bardzo hipnotyczna, jakby odrealniona i wprowadzająca w swego rodzaju trans. Dziwne obrazy pojawiające się na telebimie za plecami muzyków pogłębiały jedynie ten stan. O samym wykonaniu mogę powiedzieć tylko tyle, że w kategorii sztuka budowania napięcia muzyczny oskar goes to… Archive. „It hurts to feel, it hurts to hear, it hurts to face it, it hurts hide, it hurts to touch, it hurts to wake up, it hurts to remember, it hurts to hold on…” Genialnie wybrzmiały te słowa na żywo a może bardziej „na żywca”?. Bo emocje zawarte w tekście to masochistyczne obdzieranie samego siebie ze wszystkiego, aż do po samą głębie tego czego wydrzeć sobie nie można. Pozostaje dusza, która śpiewa i serce, które wyje. A najlepsze, że w całej tej beznadziei i brzydocie można tworzyć piękno, będąc jego nadawcą i odbiorcą jednocześnie.

Pierwszym bisem byto kapitalne Controlling Crowds. Pink Floyd, przepraszam Archive powróciło. Utwór zabrzmiał potężnie i jednocześnie jakby to powiedzieć dostojnie. Nikt chyba nie miał wątpliwości kto tego wieczoru „kontrolował tłumy” choć ta ironiczna kompozycja opowiada przecież o nieco innej formie dozoru, a o tłumach też mówić trudno w klubie mogącym pomieścić ledwie kilkaset osób. Były Bullets, którymi zostałem zastrzelony, była podróż sentymentalna w postaci prehistorycznego So Few Words jak i Pulse z nieziemską Marią Q w roli głównej. Potem panowie + 1 Pani ładnie się pożegnali i zeszli ze sceny. Tupanie i oklaski (a także ich synchronizacja!) były takie jakie chciałby mieć każdy artysta. Czy takiej publiczności można odmówić?

Na scenę wyszedł Pollard, z którym przed koncertem miałem okazję zamienić kilka słów, uścisnąć dłoń i dostać wymarzony autograf. Zaśpiewał przy skromnym akompaniamencie gitary przepiękne Remove i uczynił to bez krzty fałszu, choć piosenka do łatwych przecież nie należy. Bardzo intymny moment, bardzo kameralnego koncertu. Oczywiście nie było tego w planach. Był to spontaniczny gest ze strony zespołu.

To już naprawdę miał być koniec. Były nawet osoby, które chcąc uniknąć ścisku i korków wyszły. Byli i tacy co uczynili to jeszcze wcześniej. Ogromna większość jednak pozostała i tak długo biła brawo, że zespół nie miał wyjścia i powrócił

Doskonale wiedzieli czego chcemy… Dali nam to…

Zagrali Again… Każdy kto kiedykolwiek słyszał o Archive lub uważa siebie za miłośnika muzyki przez duże „m” wie doskonale co to za utwór. 70 tygodni na liście programu trzeciego mówi samo za siebie…

I to tyle. Pozostała masa pięknych wspomnień, autografy od Pollarda i Steve’a Harrisa jak i pamiątkowa fotografia z tym ostatnim.
 

archivemusic.pl, Powered by Joomla! and designed by SiteGround web hosting

Valid XHTML and CSS.